„ "z fotografią nie można się nawet ożenić" JAC PO
::księga gości::

2010
październik
lipiec
luty
2009
lipiec
kwiecień
styczeń
2008
grudzień
czerwiec
marzec
luty
2007
grudzień
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
OŁa
Nie wiem Panie psorze, ja tu nie widzę ironii... Takiej  jaką Pan widzi, do klepania się po udach.
A może zwyczajny strach. Pamiętam jak na festiwalu w 2005 roku jakaś ładna dziewczyna upomniała się o troszkę humoru. U nas - mówiła - robi się takie przedstawienia. Wychodzi całkiem zabawnie. Poeta Krzysztof Karasek dosiadł jej tak zuchwale, że aż wybiegła z płaczem, roniąc po drodze pomadkę. W geście solidarności wyszło kilka osób. Poeta poprawił brodę i rzekł: pozbywszy się śmieszków możemy przejść do rzeczy naprawdę ważnych. Oddaję głos Venclovie. . . (Litwin był akurat w łazience. Cichaczem za potrzebą. Wbiegł z korytarza chichocząc, w tańcu) 
mimochodem 2010-10-18 16:56:54
skomentuj (3)
...

Pierwszy narzeczony (ale czy kochanek) na imię miał Witalij, nazwisko Papierowski. Poznali się na półwyspie, ale czy na pewno? Postawny, raczej krępy, pospolitej urody, rozśmieszał całą klasę, śmiesznie syczał s. W domu przy Twerskiej  ciemna biblioteka i dotykał palcem stołu żywy Majakowski. Brzęczały bransolety, sztućce i talerze. Spojrzała przez okno, dziadek zszedł ze schodów, wróciła rzeczywistość w hol kolejowego dworca. Gdyby nie założyła błękitnego kapelusza, którego zakup odradzały praktyczne koleżanki (jadano słodzone kartofle) nie byłoby mnie. Taką sobie wymarzył, jaką zobaczył w żurnalu, niewinną i uroczą, w mieście na m.  


mimochodem 2010-07-30 01:16:02
skomentuj (0)
...

Gdzieś w „Roku myśliwego” zapisane wspomnienie opowiadania Vincenza o Doboszu zaproszonym na arystokratyczny bal. Na sali balowej piękno upudrowanych kobiet, świst porywistych sukni, rozmowa cienkich ramiączek. Zabawie towarzyszy kapela i ten Dobosz w pewnym momencie zauważa, że grajkowie smarują sobie co jakiś czas powieki dziwną mazią z miseczki. Zaciekawiony ukradkiem próbuje – i widzi tańczące szkielety.
Coś podobnego u mnie, gdy na wpół żywy o północy w sylwestra opowiadałem wszystkim o uroczystych obchodach tegoż święta w  1910 roku. Oczywiście, nie powinienem, było to raczej naiwne i z pewnością głupie. Ale cóż, widziałem dobrze nasze tańczące prochy, czułem wyraźnie  zdruzgotanie tej chwili. Wyszło na moje. Czy nie została zdruzgotana?  Może nie należało mówić. Zapewne  należało uciekać. Gdzie pieprz rośnie.

       


mimochodem 2010-02-08 19:40:13
skomentuj (0)
Tłumacząc czemu

wiesz były czasy gdy święty Marcin dużo młodszy

chudszy dawał występy w takich miejscach jak To

 

szli wąwozami pod czerwoną górę uwilgoceni i upici

porą którą Ona wypełniała rytuałem herbaty krzyża i snu

 

ściskałem w rękach zieloną ulotkę

 

Ingmar mieszał mi się z Villqistem

w końcu obydwu w trójcy jedynym

przyznałem zasypiając z brulionu koronę


mimochodem 2009-07-08 20:18:44
skomentuj (0)
.
Płacimy wysoką cenę
za piwo papierosy ojczyznę

rachunek 19,44
 
mimochodem 2009-04-27 19:40:31
skomentuj (7)
Modlitwa
 W trudnych sytuacjach mimowolnie przywołuję duchy zmarłych pisarzy ; różnią się od chrześcijańskich świętych, zbrojnych aniołów z obrazka nad łóżkiem, nie przyfruwają w splendorze skrzydeł i blasku, bardziej opieszali, ziemiści taszczą za sobą wzloty i upadki, drewniane skrzynie, walizki na kółkach. Pozostaje po nich bezradność i słodkawy zapach lasu.

mimochodem 2009-01-06 23:37:49
skomentuj (5)
nad Wisłą

Pokazałem ci  miejsce, do  którego pielgrzymowałem przez całe życie. Pierwszy raz wygodnym brzuchem matki - ja rozochocony płód zanurzony w płowym morzu. Dwa, trzy, cztery lata później patrzyłem na jędrność pobliskiego lasu przez zielone szczebelki w balustradzie długiego wyłożonego gorącą blachą balkonu. Drewniany, przedwojenny pensjonat pachniał wilgocią, a nieużywana sala obiadowa na dole, hebanowe pomieszczenie ze stołami, czarnobiałymi fotografiami i trofeami zawieszonymi na ścianach budziła we mnie strach i pożądanie. Zwłaszcza zdjęcie Pani domu, żony właściciela i dziwacznie zawinięta data jej śmierci. Do dziś nie wiem co kryło się za pofalowaną kotarą. I czy żyją jeszcze piekne córki krakowskiej malarki z krótymi uczyłem się pływać. Kolejne przyjazdy siłą rzeczy nakładają się na siebie. Wyobrażałem sobie kobietę (nie pójdę spać ze szkicem), aby później spacerować ze złudzeniem i w końcu stanąć z Nią nad brzegiem spienionej Wisły. Masz trzy lata. Moje pokoje poznikały, pozapadały się. Pensjonaty do których przyjeżdżaliśmy zlani podróżnym potem, obładowani kilogramami bagażów z żywym wspomnieniem dudnienia pociągu i gorączkowej nocy, gdy babcia rozkładała rzeczy na łóżku, a dziadek zamawiał budzenie u zegarynki, pensjonaty, które witały nas ciepłym zapachem stołówki pozapadały się w ziemie. Wąwozy zabliźniły się. Nie poznaję żadnego drzewka. Żaden kamień nie pozostał na swoim miejscu. Basen zarósł pokrzywami i perzyną. Ci najbardziej statyczni – ludzie, jakby na złość pozamieniali się twarzami, wyrośli, obsadzili dwa miejskie cmentarze (obydwa z pięknym spokojnym widokiem). Taka wieczność, przyznam, troszkę boli. Nie tak sobie wyobrażałem. Mimo wszystko muszę wierzyć w miejsce, w samą decydującą siłę topoi, w  idę powrotu, który jest możliwy, muszę wierzyć, że wszystko gdzieś tam jest, być może upchnięte, bezużyteczne, wyniesione na śmietnik, ale wciąż na swój sposób żywe i rozpoznawalne. Podaję ci: basztę, moje farby, rynek, plastikowy kombajn, półkole ławki, ściętą brzozę,urodzaj schodów. Mojej jedynej. Masz trzy latka. Duże ufne oczy. Miekką skórę. Głaszcząc cię po głowie nie wierzę, że jednak czasem się umiera.


mimochodem 2008-12-28 02:57:48
skomentuj (2)
migawka
Pojechali w podróż poślubną, żeby zobaczyć największego skarabeusza na świecie (Georg przewraca się w grobie) i pojeździć na pachnących dromaderach.
mimochodem 2008-12-04 23:28:25
skomentuj (0)
.
Była 13:19:40 (trzynasta dziewiętnaście i czterdzieści sekund)
czetry
dziesięć
trzydzieści lat temu
mimochodem 2008-06-17 23:28:41
skomentuj (2)
wierząc, że Mutu pogrąży Włochów, a Francuzi zjedzą się sami.
Widzę ją kątem zmęczonego oka, zmywa naczynia, urocza pochyla się nad blatem. Widzę ją w odległym profilu Ewy, co urodziła się w Zimbabwe, potem bardzo chciała, ale wyszło inaczej i dziś liczy na siebie i rachuje buchalteryjne księgi (rodzice zadbali w dzieciństwie by założyła zeszyt w lnie na kolumny koślawych cyfr. Przymus zaowocował  znienawidzoną lekkością). Powiedziała mi : "Jesteś wspaniałym człowiekiem", gdy podałem jej kefir i rogalika. Wróżę jej wielką karierę, wróżę jej wymarzoną podróż do naleśnika - kolebki ze śmietaną. Bardzo lubi mięso. Jagnięcinę, baraninę, mielone zasmażane z cebulą, cielęce kotlety, grube warkocze flaków, miękką wątróbkę i złocisty boczek. Ma wciąż na swoim miejscu ślepą kiszkę, drożne aorty, giętki woreczek żółciowy. Taki osoby zawsze mnie intrygują: anatomiczne okazy poukładanych wnętrzności, zdeklarowani smakosze życia pod każdą postacią, przy tym aktywiści wszystkich społecznych frontów. U nich zdanie wyrobione na każdy temat. U nich nosy proste i kształtne. U nich spojrzenia jasne i przeszywające. U nich nogi proste, pupy wydatne.

Nie to co u nas. Dworzec w Tłuszczu. Pół banana.  Pietropawłowsk nocą. A jak brzuch boli, to się kończy nie dobrze, zawsze tak samo, na klozecie, nocą -  miarodajnym rozstrojem, jakże osobistym końcem świata za pociągnieciem czarodziejskiej spłuczki.  
mimochodem 2008-06-17 20:09:58
skomentuj (0)
08.06.08



I CHUJ BIAŁOCZERWONY



mimochodem 2008-06-09 12:42:25
skomentuj (1)
***

Rano pracowałem w ogrodzie (musiałem to przeczytać u Miłosza). Wbijałem ukosem łopatę w nierozbudzoną ziemię. Prostowałem się i patrzyłem w dal. Kropelki potu na czole rozmywał wiatr. Paliłem trzeciego papierosa. Słońce  nie miało jeszcze nic do gadania. Każdy ruch moich mięśni zbliża nas do siebie, kimkolwiek jesteś i jakiegokolwiek kształtu są twoje usta. Zielony cyprys za zielonym cyprysem lądował w dołku równiutko przysypany zdrową ziemią. Za płotem, w oddali coś się budziło i krzyczało (to pani przedszkolanka w bieli czerni i błękicie ściągała z drabinki migoczącą kurtkę). Przeleciał ptak. Pierwszy motyl zatoczył koło nad moją głową. Z plątaniny karczowanych korzeni wysupłałem zgięte ogniwo srebrnego łańcuszka. Byłem szczęśliwy.  Rano pracowałem w ogrodzie przy akompaniamencie białych żagli.


mimochodem 2008-03-11 01:13:12
skomentuj (4)
na poważnie
Mogę pozwolić sobie na te kilka słów, bo znów cierpię. Tetrapodia żalu. Gdybym był chociaż odrobinkę konsekwentny zapytał bym siebie cóż to wszystko znaczy - czyż nie uwielbiam takich cynicznych gierek, zasieków składni, sideł semantyk. ? Pan cierpi, ale niech mi pan najpierw powie, czym że jest cierpienie. Skoro Pan ręce rozkłada znaczyn Pan nie cierpi lub nie wie zupełnie o czym mówi. Umówmy się jednak - taryfa ulgowa. Łagodny kryniczny deszczyk na spieczoną twarz. Dwie odwrócone do siebie plecami ławki na wieczornym nadmorskim bulwarze. Troszkę piasku w bucie. Wyrazisty obrazek wyda nas nas na pokuszenie mikroorganów tęczówki - tam w oddali jaśnieją grzmoty, a ja stoję na piasku i dotykam językiem ułamanej siódemki - właśnie w tej sekundzie, w tym interwale czasoprzestrzeni. Karawan ma się dobrze. Pustynia śmiesznie wąska. Po wydmie wdrapać się na siusiu. A gdy mnie zabraknie pochodźcie troszkę, proszę moimi śladami, popatrzcie na te same wgłębienia w piasku, poszukajcie korka, który zgubiłem w Drezdnie latem 97. Więc cierpię. Cierpię cierpliwie i chełpliwie. stary i doświadczony, niemalże upojony swym wklęsłym stanem. Tylkotyle chciałem wam powiedzieć, wam, którzy już dawno nie istniejecie.
nie istnieje K, która pokazywała mi na zdjęciu swoją studniówkową sukienke i pouczała po czym ja rozpoznać
nie istnieje A, wyznawczyni zieleni, czeskich filmów dla dzieci i szklanych pomyłek (widziałam cię w tramwaju.! Na przystanku! A co miałam powiedzieć? Że znamy się z bloga?)
nie istnieje p rozłożony na kolejowym nasypie, prawiczek w pełnym słońcu, piewca " a " w wygłosie każdej notki
nie istnieje h ustalentowana nastolatka z małej miejsowości w której cukiernie zamykają o zmierzchu
nie istnieje m, ponura czytelniczka, drzazga w moim trzecim oku.
nie istnieje pij mleko - nasze spory o pryncypia sztuki zniknęły w przyjemnym szumie wirtualnej magnezji

Cóż po nas zostanie  ? Zapytał mnie w liście pisanym z nowego domu ( na klatce kwitną doniczkowe kwiaty, kobieta śpi spokojnie w dziecięcej piżamie) mój przyjacie - nasze blogi zostaną zapomniane, maile skasowane. czy ktoś zechce rozszyfrować nasze nicki ?
Nic drogi andrzeju. Tak sobie wybraliśmy. Może trochę piasku z nad wirtualnej plaży i jeden bardzo cich grzmot.
mimochodem 2008-03-09 21:57:09
skomentuj (7)
Tuchanowicze.

mimochodem 2008-02-29 20:23:14
skomentuj (0)
"Speak, Memory !"
"Wszystko jest w należytym porządku, nic się nigdy nie zmieni, nikt nigdy nie umrze"

pa
mimochodem 2007-12-12 13:51:17
skomentuj (1)
wyznanie analfabety
Ale ona przyjdzie
ona istnieje
jestem tego pewien
obiektywnie piękna obiektywnie naga
obiektywnie z ognia i kostki lodu
na razie nie odpowiadam
na smsy maile zaczepki
na razie czekam czuję
i jestem.
mimochodem 2007-05-22 14:33:27
skomentuj (7)
gadanie
chociażby pogratulować państwu tego towaszystwa. Szyk i elegancja. Chodzące okazy zdrowia
Zostaną po was suszki.
mimochodem 2007-05-12 03:25:01
skomentuj (0)
o boże
Boże!! Wszyscy na raz !!! jednocześnie. Chłop i baba. Wszyscy. W swoich mieszkaniach. Znani mi i żywi. Jednocześnie. Na nogach. o szyjach. z rękami. oczami. czołami. pod włosem.
mimochodem 2007-04-19 21:22:50
skomentuj (2)
nietrwanie
W dniu dwudzistych drugich urodzin, znajdując się na skraju intelektuanego wyczerpania i rachitycznego zdziczenia obyczajów zdałem sobie sprawę, że tylko po to odkryto, skolonizowano amerykę, podcięto gardła tysiącom indian, nieumiejetnie wystawiono przedstawienie o niewdzięcznej nazwie "wojny secesyjnej", tylko po to dwa zbłąkane samoloty uderzły w dwie szklane wieże, abym Ja pewnego upalnego popołudnia na zakurzonym placu ze wrosłą w sam środek pachnacą lipą, mógł zmieszać ze smakiem miętowej gumy te słodko brzmiące sylaby: A - ME - RY- KA.

Jeżeli istnieje jakiś wzór, jest nim solipsystyczny partykularyzm

Każda musza nóżka dla mojego ciała, każde skrzące skrzydło motyla, dla tego co w nim iskrzy i błyska ponad nim lub jest chociażby drobiną ziemi - znawczyni twoich żółtych butów.

(miałem na myśli coś niesłychanie bliskiego atłasowym baletkom. Niestety nie znalazłem - jak zwykle - odpowiedniej fotograficznej egzemplifikacji. Najlepiej gdyby fotograf ukradkiem wślizgnął się pod stół w chwili gdy wymawiając francuskie nazwy unosisz wszystkie palce ukazując tryumfalnie łuk śródstopia)
mimochodem 2007-03-27 19:23:25
skomentuj (2)
Obiad
"Ostatnio obudził się we mnie socjalista. Poczułem, że serce me bije po lewej stronie klatki piersiowej (moja lewa) i zapragnąłem zakosztować lewactwa. My, ja z tatą, myśmy zawsze oscylowali na lewiźnie, tej z natury antykomunistycznej, bo ze sporą mitologią wilgotnych piwnic. Potem zadowoliliśmy się zdrowym liberalizmem, który musieliśmy odrzucić po mariażu tegoż z czerwonymi ryjami. Tatuś pobiegł na prawo i wcale mu się nie dziwię. Tata ma bardzo niewiele i nie chce tego stracić. Skusiły go obietnice taniego opiekuńczego państwa. Tata chce się czuć bezpiecznie, budząc się co rano pod cieniutkim kocem. Nie potrzebuje wolności, wystarcza mu możliwość picia niskoprocentowych trunków w każdym miejscu naszego pięknego miasta. Tata chce mieć wygodne autobusy i sporą emeryturę. . Nie mogę powiedzieć, ze mnie to nie dziwi. Przyzwyczaiłem się, że przez lata kroczyliśmy bark w bark, stopa w stopę równomiernie odrzucając w bok krzywiznę ramion. Za bordową kotarą stawialiśmy krzyżyki w tych samych kratkach. Po lewej stronie jest mi trochę pusto. Wskaźniki są niemiłosierne. Czytam rozprawy o nierówności, o przyczynach, przebiegu, konsekwencjach i szansie rozpierdolenia systemu hierarchii w drobne chuje. Myślę, jak by tu bogaczom dopierdolić w jakiś nowoczesny sposób i nie bawić się jednocześnie w kolesia z lasu, który zawsze kończy źle na jakimś pierwszym lepszym rzeźniczym haku. Wystarczy przekonać warstwy posiadające niewyobrażalne i nieprzekładalne na nic, wiec abstrakcyjne ilości dóbr, że stan ich obecnie jest chwiejną równowagą i jeżeli teraz z własnej woli nie odciążą nas kloszardów, za kilka może kilkanaście lat wybuchnie w końcu ta internacjonalistyczna, ponadreligijna rewolta, gra w zbijaka między tymi co mają, a tymi co mieli. Naturą będzie dążyć do równowagi. Wcześniej czy później, którymś z nas porządnie dopierdoli. I nie chciałbym być w jego skórze.” – Wpadanie wujka w monologi jest w naszej rodzinie czymś zgoła codziennym. Tym razem trząsł się na ciele całym wlewając do gardła pięćdziesiątki czerwonoarmijskiej mańkucią ręką, drugą, jakby dłuższą ściskając chropowaty obrus. A jaka to wódka była!! Babcia wyciągnęła ją z szafy i dumnie ustawiła po miedzy sałatką z buraków a kopcem ziemniaków.
-Pyszna- zachwalał dziadek – zaiste nie trąci chemią, łagodnie wlewa się do gardła i rozchodzi się w brzuchu chmurą ciepła przyspieszającą bicie serca.
Wujek wlewał i mówił, obrus powoli zsuwał się na dół. Gdyby zajrzeć w mglistą toń wódki, widać jak przez lupę kopulastą cerkiew na placu czerwonym i płatki śniegu ukosem dryfujące po złocistym niebie. Zachciało mi się siku, musiałem przeprosić i urwać wujkowi w połowie napoczętego zdania,
-w takich ciasnotach mieszkamy – rozżaliła się babcia – jak pchły albo szprotki. Mówię wam – jej głos słyszałem już z korytarzyka- ten barłóg idzie na dno…..
I jak łagodnie mocz się ze mnie wylał. I zapaliłem połówkę pall malla.
Skąd ta wódka ? Dziadek zmrużył oczy wlawszy w siebie znaczną porcję popołudniowej kawy. Wziął do ręki butelkę
– dotknij jej – powiedział cicho – dotknij, czujesz ?
– co niby powinienem czuć dziadku ? czuję szkło…
-Dotknij lepiej, zamknij oczy dotknij, dobra wódka, nie trąci chemią. Widzisz już ? ten sadzik
- no – skłamałem – sadzik
-i drzewa obłożone owocami, uginające się w blasku zachodzącego słońca. A czujesz ?
-no czuje dziadek, jakoś słodko- czy czułem rzeczywiście, czy musiałem czuć wywołany do odpowiedzi uściskiem dziadka i jego rozognionym językiem, co zamigotał mi przez chwilę?
-słodko, to morele plaskają o asfalt. Zobacz jak wolno lecą w ciężkim powietrzu. Bęc i pac. Morelka za morelką. Pamiętasz jak omijaliśmy te plamy i jak wygrzebałeś raz z rozgrzanej marmolady brązową pestkę, z której nic nie wyrosło. Musiałem ci tłumaczyć, dlaczego kiełek nie przebił ziemi. Wyszarpnąłeś pestkę grubymi paluszkami i wyrzuciłeś przez okno, płacząc że to twój braciszek i on jeszcze wróci dorosły;….
Brzdęknęły talerze. Dziadek puścił moją ręką. Siedzieliśmy przy stole we czwórkę: ja, wujek, dziadek, babcia. Z półmiska kartofli biła smakowita para. Babcia przed chwilą wniosła na srebrnej tacy kawałki duszonego kurczaka. Zabraliśmy się do jedzenia. Dziadek jak zwykle spokojnie nabijał ogromne porcje na widelec i gryzł uważnie, lecz szybko, sprawnie acz niedokładnie, jakby czuł w sobie widmo głodu. Wujek jadł nieestetycznie, mlaskiem swym burząc we mnie ochotę na gryzienie czegokolwiek. Babcia więcej mówiła niż jadła. Opowiadała o Włodzimierzu, który znienacka stanął w drzwiach i wyciągnął zza pleców żywą kurę i królika.
-Co mamy teraz zrobić z tymi królikiem – trajkotała – czemu nie wybiłeś z głowy swojej matce tego barbarzyńskiego procederu przysyłania nam żywych zwierząt ? Mieszkamy w bloku. Gdzie je trzymać ? Co z nimi zrobić ?
Dogryzłem się do kości, połknąłem jeszcze trochę ziemniaków. Nóż wujka spadł pod stół. Na sekundę zawisł na mojej stopie. Dziadek skończył jeść. Odezwałem się cichutko.
- Dziadek. Dziadek. Dziadku.
Zdrapałem z noża resztki mięsa, odłożyłem sztućce
– Posłuchajcie mnie. Po raz pierwszy czuję, że mój sen ma jakiś związek z tym co się tutaj dzieje.
Poruszyli się w sobie, wujek z rozbawieniem parsknął –daj spo…
– Śniła mi się szkoła – przerwałem mu, ułożywszy nożyk na talerzu w ten sposób, że celował prosto w jego niewygoloną szyję - obite boazerią wnętrze poszatkowane grubymi kolumnami. Między kolumnami pełno ludzi. Każdy chodzi w inną stroną, bezwładnie, nie wiedząc jakby dokąd, skąd, po co, jak na tym obrazie. Na środku przy drzwiach stoi moja dyrektorka, nauczycielka od polskiego i kilku uczniów – nie wiem dlaczego poczułem w tej chwili smak puree i zrobiło mi się słabo, nie wiedziałem już co mówię. A dziadek położył mi rękę na kolanie- ci uczniowie z całej siły ciągnęli liny, każdy w inną stronę. I wtedy wyraźnie zobaczyłem, że miedzy nimi szarżuje rozparty na czterech nogach ogromny czarny byk. Rozciągali go. Byk ryczał. Jakiś mężczyzna z całej siły wbijał mu w zad żelazny trójząb. Na podłogę spływała czarna krew.
–Skończ- urwała babcia wkładając w usta kawał kurczaka. - nie przy jedzeniu. I w ogóle nie widzę, nie widzę związku Nie lej mu już.
– Jeszcze chwilka - teraz się wzburzyłem- wyobraźcie sobie, że byk się uwalnia, rozszarpuje pierwszego z brzegu i brocząc krwią rozpoczyna pogoń za oprawcami. A ja nagle zdaję sobie sprawę, że mam na sobie czerwoną, wyprasowaną podkoszulkę. Wbiegam na schody zdzieram z siebie ubranie, rzucam i słyszę przeraźliwe dyszenie tuż za moimi plecami…

* * *

Dziwnie ułożył się tego popołudnia nasz rodzinny obiad w mocno pokrojonym składzie. Rodziców wujka złożyła grypa. Moja mama utknęła w korku na którymś z mostów. Siedzieliśmy we czwórkę przy stole i po raz pierwszy każdy z nas mówił rzeczy niewyobrażalnie niestosowne. Coś nam grało w uszach. Wujek więc wykładał dramatycznie swoje poglądy polityczne, chociaż dotychczas przekonywał mnie, że nigdy się nie ujawni przed nasza rodzina ze swoimi przekonaniami. Dziadek pogrążał się w sobie, mechanicznie paląc papierosa i spoglądając przeszklonymi oczami to na mnie to na oszronioną butelkę czerwonoarmijskiej, na której dnie połyskiwała jeszcze resztka złocistego płyny. Babcia jak zwykle opóźniona kroiła kurczaka na opak, przekładała kartofle z miejsca na miejsce, nie zjadłszy przez godzinę nawet kęsa. A ja wyskoczyłem ze swoim snem i tylko uścisk dziadka powstrzymał mnie przed dopowiedzeniem do końca całej historii. I wszyscy siedząc dookoła stołu byliśmy jednocześnie gdzie indziej, i każdy na złego domiar nie w sobie był, lecz w kimś innym. Więc ja w latach czterdziestych zeszłego wieku przechadzałem się pośród pachnących owocami ogródków, łamiąc sobie język na łacińskiej deklinacji. I jak co dzień zatrzymywałem się przy drewnianym płotku, wspinałem na palce i z wielkim trudem wycedzałem z powietrza trzaski zacinającego się gramofonu. Babcia puszczając płytę poprawiała przed lustrem obsunięte ramiączko i jeszcze nie wierzyła, ze bóg kiedyś zstąpi z niebios i oświeci jej pokurczone ciało, obłaskawi chrztem , komunią , bierzmowaniem, dziećmi władającymi językiem nosowych samogłosek i niezliczonych oboczności. Dziadek zamienił się w żebraka, który patrzy na lśniące w słońcu jachty równiutko poustawiane w porcie. Patrzy, wraca do swoich slumsów i śni mu się komunizm z kostropatą twarzą wujka o błędnym wzroku, co zrozumiał, że nigdy nie obywało się bez ofiary i dzisiaj też się nie obejdzie. Musimy ostrzyć noże i podrzynać gardła.
Zostawiłem ich w cichym otępieniu, w obezwładniającej zadumie i wykradłem się do pokoju dziadka. W kącie coś cichutko oddychało. Biały królik kulił się pośród odbarwionych trocin na dnie kartonowego pudełka. Nie duży królik w czarne łaty. Gdy głaskałem go, napiął kręgosłup w drżącą strunę. Wyczułem niewyraźne tętno pod cienką skórą wiotkiej szyi.

mimochodem 2007-03-07 17:20:19
skomentuj (6)
z szuflady - ad 2003 (czerwiec)
Początek lat 90. Chodzę po wytartych, zalanych słońcem chodnikach i uważam aby nie nastąpić na krawędzie betonowych płyt. Słońce w początkach lat 90 świeciło jakby mocniej, doprowadzało do bólu głowy, roztapiało asfalt. W pustych i chłodnych autobusach czekały na nas miejsca siedzące (brązowa pseudoskóra przyklejająca się do ud). Czerwone pojazdy pędziły z zawrotną prędkością. O 17 na jedynce zaczynał się ALF, później miejsce włochatego kosmity zajęła Drużyna A i MacGywer. Czas gdy odwartościowani dorośli poświęcili nasze przecież nieskażone ciała oczyszczającej amerykanizacji i ta obmywszy ich ze wschodnich odchyleń nas gwałtownie oderwała od przeciętnej. Kasety sprzedawane z pudełek, obumierające peweksy z klockami lego, zapiekanki, gumy TURBO, japońskie kreskówki (czy ktoś jeszcze pamięta samobójczą bramkę Isizakiego, decydująca pięść dajmosa, wiecznie skazaną na porażkę bandę dokurobeja) - to nasze powstanie, czarnobyl zamglony jak wczesny wrzesień. Pamiętamy smak pierwszego hamburgera w nowej restauracji, której nazwa kojarzyła się z disneyowskim kaczorem. Początek lat 90 - wysypka na dużym palcu lewej ręki, gwóźdź wbity w piętę, fartuszek pełen szpinaku i buraczków....więc teraz snujemy się tam i z powrotem z rękami w kieszeniach, z rękami w pustych, ogromnych kieszeniach.


ale przecież nawet dziś jest fajnie

i chociaż w godzinach szczytu autobusami jeżdżą śmierdzący czosnkiem ludzie o wątpliwej urodzie
i chociaż rządni ustępowania miejsc wiecznie niezadowoleni emeryci tykają nas gdy siedzimy zamyśleni, wpatrzeni w okno
i chociaż bywają dni gdy telewizja nie emituje żadnych filmów erotycznych, tylko same ekologiczno – przyrodnicze, czy kryminały pełne sentymentalnych pocałunków
i chociaż latem mokra koszulka przywiera do pleców
i chociaż zimą zamarzają nozdrza

to jakoś to będzie jakoś przetrwam
wkrótce wakacje
pojutrze ma być 27 stopni
tylko w warszawie przelotne, ulewne deszcze.


mimochodem 2007-02-04 12:57:05
skomentuj (5)
pornografia
cdn



mimochodem 2007-01-25 01:55:30
skomentuj (0)
gdziekolwiek
nie mogąc znieść, że podczas gdy u nas w ustach kryzys ofiarniczy, u niej tak pracowicie schylonej w ostatnim rzędzie krew wstydliwie wychodzi na swoje.
mimochodem 2007-01-06 15:31:22
skomentuj (2)
sylwestrowy wyłom.
Oj aj zaczadziła mnie ta sylwestrowa posucha w pałacach borysowych, pośród lamp sino-błękitnych, fikuśnych kandelabrów i ponurej regałów antykoncepcji.. Zaczadziło mnie już samo wejście, wjazd sam aż do nieprzytomności marmurową windą. W lustrze swój wygląd oceniłem nader pozytywnie. Wyszczerzyłem zęby, sprawdziłem czy jedynka dalej się nie kruszy u szczytu. B. poprawił ptasie gniazdo na swojej nieforemnej głowie. Wchodzimy. Dzień dobry. Dzień dobry – zachlustał alkohol. Bardzo przyjemnie. Widno. Kanapeczki jak laleczki. Ludzi od groma. Gęby same nieznajome. Więc skąd te czad nieznośny, co mnie obalił już w przedpokoju i przez następną godzinę pod ścianą dochodziłem do siebie wpatrzon w jakąś reprodukcję z ogromnym ptakiem ? Impreza się rozkręca, mężczyźni podkręcają wąsy, dziewczyny kręcą nóżką, słychać jak smakowicie szczękają widelce i jak szczęki wdzięcznie mielą jadło. Czemu więc to co zjadłem utkwiło mi oleiście w gardle i kazało się wypluć za godzinkę w wykafelkowanej po uszy łazience? Nawet B był dziwnie spokojny. Nawet E zaszczycała mnie słowami. Wszyscy mamy ogrom problemów. Nikogo nic nie interesuje. Gdyby to były lata 80 zakochał bym się w tej małej czarnej z kanapy, która opowiadała mi o szczecinie i portowych porankach. Pierwszy papieros niczym ogłuszona dusza wtoczył się do płuc. Poczułem się lepiej, poczułem się gotów na wszystko, nawet na zaokienne zimno. Czemu więc znów ten czad- tym razem na rękach wyraźnie koliste ślady dymu… Z balkonu widziałem warszawską puszczę, niebo przecinane co chwilę kwieciem erekcji, główki ludzi, ludzkie gumki.. Weszła Ola. Nie ma miłości – wybełkotałem i pstryknąłem niedopałkiem. Jesteś młodszy – odburknęła, jakoś tak dziwacznie po męsku, dziwacznie, bo głosem wrześniowym i kłusowniczym- jesteś młodszy, nic nie wiesz nic nie wiesz. I znów czad, tym razem z ust przekleństw czad, i spod palców czad smsów.
O 12 objąłem Borysa. I cmoknąłem zdziwioną Martę. Minutę wcześniej jakiś niecny luj zajebał nam szampana. Chciałbym się trzymać tarczy, co niezwykle mi nie wychodzi. Jeszcze na koniec płynny czad z oczu, w objęciach tym razem przeciepłych i snów czad marynistycznych, a dzień wcześniej czad wspomnień, nocny czad spaceru przy koślawych gwiazdach. Ta sałatka była bardzo niesmaczna. Czad pana z szyi skapywał do miski, kap kapem węża z filmów karate. Przepraszam wszystkich.

Zwłaszcza CIEBIE., poważnie !

mimochodem 2007-01-02 23:31:52
skomentuj (1)
Potwór - część 2
Przez następne dni i tygodnie przychodziłem w miejsce naszego pierwszego zakochania. Niech wymurują tam pomnik. Tak: pod samą ścianą beżowej kamienicy, przy samym przejściu dla pieszych stanąć powinien potężny monument. Nasze miejsce przyćmiło dotychczasową topografię miłosnych schadzek Rozsypał się wolski sklepik, załamała się wąska niewygodna szczęśliwicka ławka. Dam głowę że twoje przestrzenie też trafił zasłużony szlag. Nie pamiętam ile razy widziałem cię w owe szczęśliwe dni, gdy słońce szczerzyło zęby a ludzi zrzucali wilcze maski. Pamiętam jednak początek i wariantywne końce miłosnych peregrynacji. W tej chwili gdzieś na dnie mojej szuflady spoczywają kratkowane bloki pełne wykresów kolorowych dróg i hipotetycznych międzyczasów. Boże, co za myśl: moje mieszkanie i mój pokój istnieją. Istnieją meble i żyją drobinki kurzu na grzbietach książek
W szafach falują ubrania. Pomyślcie o waszych mieszkaniach w których was nie ma.
Nie obca stop je depcze. W smudze okiennego światła widać ruchome punkty. Tak będzie zawsze, dopóki świat się nie skończy. Pomyślcie o przeczutym powietrzu pączkującym milionami hologramowych ciał. Pamiętam więc wszystkie drogi, przyjemne stąpnięcia i mozolne wdrapywania się, koszmar słońca i rozkosz cienia. Pamiętam zmiany odcienia twoich sukienek i powolną przeminę sukni w spodnie- zgodne z kaprysami pogody.
Co robiłaś w tamten pochmurny czwartek, gdy niebo wypluło z siebie krople deszczu, a mi krew leciała z nosa karmelowym ciurkiem ? Stałem z chusteczka przytkniętą do nozdrzy a ty tak po prostu nie przyszłaś, baz słowa, bez przeprosin. Kapało ze mnie kap kap, w kawiarni kelner podał kawę zrobiona chyba z kamieni. Przez szybę oglądałem błyszczące czuby parasoli i matowe okno po drugiej stronie ulicy za którym nie było nikogo i nigdy, nigdy nikogo nie będzie. Miałem dwie ręce, bolącą głowę i otwarty nos. Gdzie wtedy byłaś, gdy kelner przyjmował ode mnie skromny napiwek i maszerował za kontuar w za dużych sztruksowych spodniach ? Jego zęby, jego uszy i marszczący się uśmiech…. A jeżeli siedziałaś właśnie tutaj, blisko mojej ciemności, za ścianą albo kilka metrów od mojej lewej ręki na skórzanej kanapie? Po cóż ja przywołałem tego kelnera, tu jest tak ciasno…moja noga zdrętwiała, zdrewniała, leży – amputowana. Pamiętam wszystko poza twoją twarzą. Mogę tylko szeptać nic nie znaczący przymiotnik - kocia. Ale nie wybiegajmy w przyszłość. To jest nie do zniesienia.

mimochodem 2006-12-16 20:28:15
skomentuj (0)
?
olśnienie

podsłuchuje:
FRUSCIANTE
Świetliki

Fotografia artystyczna
na ostro

Czytam:
Luana
rozhulantyna
mamusia mnie opuściła
tamjejniema
zeszyt w kratkę
po lince
kumple nie-kumple
słodko,ale z pestką
Fijolek
Hermjona
Elfi
Kredka821
idem per idem